|
|
26 stycznia 2012
|
Małgorzata Baranowska (1945-2012)
Odeszła od nas niezwykła osoba - poetka, naukowiec, varsavianistka, znawczyni sztuk pięknych i mistrzyni szlachetnego życia. Przez trzydzieści ostatnich lat okrutna choroba stopniowo pochłaniała jej siły, wyniszczała ją, niewoliła, wreszcie - odebrała ją światu.
Do żalu, jaki odczuwamy my, którzyśmy ją znali, dołącza się wspomnienie pełne podziwu: ta krucha, wrażliwa istota cechowała się nieprawdopodobnym hartem; w żadnej chwili jej wypełnionego cierpieniem życia nie można było o niej powiedzieć: „znękana”. Nawet najbardziej chora, obolała, miała w sobie błysk odwagi, siłę woli, trzeźwość osądu, jasność i przenikliwość swobodnej myśli. Tak jakby stale nosiła w sobie, niczym stalowy rdzeń, słowa Horacego:
Aequam memento rebus in arduis servare mentem…
(Pomnij zachować umysł niezachwiany pośród złych przygód…
- przekład Adama Asnyka)
Wskutek postępów choroby także dłonie odmawiały jej posłuszeństwa - nie mogła pisać z użyciem klawiatury, toteż, z trudem utrzymując w palcach ołówek, pisała ręcznie, powoli, z trudem, na leżąco, wspierając zeszyt na poduszkach. W taki sposób powstały tomiki wierszy, liczne artykuły i recenzje, wstępy do wspaniałych antologii poezji, „Pamiętnik mistyczny”, „Prywatna historia poezji”, niezwykła księga o pocztówkach - „Posłaniec uczuć” i wiele innych tekstów, wśród których najbardziej przejmująca jest książka dla współtowarzyszy w chorobie i cierpieniu: „To jest wasze życie. Być sobą w chorobie przewlekłej”.
Poznałam Małgosię przed wielu laty; podczas którejś z rzędu wizyty w „Naszej Księgarni” moja redaktorka, Danka, zaproponowała mi obejrzenie najwspanialszej warszawskiej kolekcji pocztówek i zawiozła mnie do mieszkania poetki - wówczas zdrowej jeszcze, młodej i ciemnowłosej, cichej i poważnej. Od tych pocztówek właśnie, których olbrzymią ilość mieściła zielona, malowana ręcznie w kwiaty komoda o ciężkich szufladach, zaczęła się ta nasza długoletnia znajomość. A może jeszcze bardziej od tego, że ta poetka znała i lubiła mojego brata i jego twórczość.
„Od tamtego czasu Małgosia Baranowska zmieniła mieszkanie przynajmniej dwukrotnie - a w każdym z nich miałam zaszczyt gościć” - cytuję Wam teraz fragment mojego felietonu z tomu „Frywolitki 1”, bo zawiera on wspomnienie świeższe, niż to dzisiejsze. - „I za każdym razem uderzało mnie to samo: niezależnie od stanu i rodzaju budynku, w jakim mieszkanie się znajdowało, niezależnie od ilości pomieszczeń oraz od tego, co było widać przez okno - każde z mieszkań miało dokładnie tę samą atmosferę cichej, czarodziejskiej pieczary, wypełnionej książkami, albumami, obrazami i roślinami, rzeźbami i kamieniami, wizerunkami aniołów i dzwonkami, zabawkami, listami od przyjaciół i rękopisami, pamiątkami i coraz liczniejszymi pocztówkami, oczywiście. Kiedy przywiozłam do Warszawy swoje młodsze dzieci, pierwsze kroki skierowaliśmy właśnie do Małgosi Baranowskiej. Powiedziałam dzieciom, że zobaczą teraz, co Warszawa ma najlepszego.
Małgosia rozmawiała z pędrakami jak z dorosłymi ludźmi. Serio, bez szczebiotów, ze swoim zwykłym roztargnieniem, udzielała im jakoś tak mimochodem wielkiej lekcji kultury i erudycji. Nie żałowała swego cennego czasu ani trudu. Pokazała im wszystkie swoje skarby - a więc nawet pocztówki i kalejdoskop Mirona Białoszewskiego, ten, który ‘zmienia rzeczywistość’.”
Małgorzata Baranowska
WEWNĄTRZ
Ja - krewna ruin i wnuczka niebytu
Odzyskana po wielkich wojskowych przechadzkach -
Nie mogę rozpoznać drogi do miasta.
Za to miasto bez trudu rozpoznaje drogę.
Transkontynentalne ciężarówki ocierają się o balkon.
Na ściany napiera drobnica.
Na podłogę drżenie.
Sufity leciutko pękają.
Anioł Stróż Kamienicy
Przestarzałą watą obtyka szpary.
Pod dźwięki podkładam poduszkę.
Wewnątrz hoduję leśne kwiaty.
Żeby miały cicho, buduję ścianę z książek.
Żeby miały ciepło - zardzewiała woda rurami.
Żeby mnie nie opuściły, codziennie z nimi rozmawiam.
Żeby miały jasno - słońce.
Miasto nie daje za wygraną,
Usiłuje wytrącić mi z ręki kwiat paproci.
(wiersz z tomiku „Powrót”, 2002)
„Wokół piętrzą się, leżą, stoją i wiszą narzędzia jej czarów: dzwonki, rośliny, albumy, księgi i zwoje, obrazy, malowidła, rzeźby i kamienie, figurki, dzbanuszki i piórka; już zdołały nabrać tego specjalnego wyrazu oraz blasku wyróżnienia, jakich każdej istocie i każdemu przedmiotowi nadają, wchłonięte, uczucia oraz zainteresowanie.”- znów fragment mojego felietonu („Frywolitki 3”) z czasów późniejszych - rok , chyba, 2003? - „Zielona, malowana w kwiaty komoda jest nie tylko ładna, ale i intrygująca. Od razu widać, że COŚ ważnego zawiera i że jest naładowana po brzegi. (…) Ujrzane w szufladach bogactwo zapiera dech swoją różnorodnością. Ale i to jeszcze nic. Najlepszy jest moment, gdy rozkłada ona swoje skarby na stole, przegląda je i pokazuje, wreszcie - zaczyna snuć opowieści o tym, co w nich widzi.
A widzi więcej. Znacznie więcej niż my.
W tym momencie na człowieka zwyczajnego spływa niejasna świadomość, że ma do czynienia z osobą, która - gdyby tylko zechciała - potrafiłaby zrobić cud z niczego: strzelić palcami i roztoczyć tęczę, z ziarnka fasoli wyhodować ogromne drzewo i zasiedlić je błękitnymi papugami, zmienić się w kłąb mgły i wypłynąć przez dziurkę od klucza, po czym znów przybrać ludzką postać. Wiadomo na pewno, że osoba ta umie odrodzić się z popiołów, przełamać udrękę choroby i rozświetlić życie zwykłych ludzi wyłącznie za pomocą bogactwa swojej duszy. (…)
Jej sposobem życia jest poezja.
Dlatego o tych pocztówkach opowiada tak, jakby recytowała własny wiersz.
Potrafi wysnuć wielkie historie z tych starych kawałków kartonu, zadrukowanych obrazkami, zapisanych autografami ludzi dawno już umarłych. Jej przenikliwy wzrok wydobywa z każdego obrazka dodatkowe wewnętrzne napięcia, jej niewiarygodna erudycja pozwala układać długie ciągi skojarzeń i łączyć fakty w jeden łańcuch z przeczuciami i domysłami. O pocztówkach wie wszystko.”
Zanotowałam to wszystko bezpośrednio po którejś z wizyt u ciężko już chorej poetki, zmuszonej leżeć bez ruchu na swoim tapczanie pod oknem pełnym kwiatów. Dobrze zrobiłam, zapisując to jeszcze w pociągu „na żywo”, dopóki trwało wrażenie. Rozmowa moja z Małgosią to była właściwie jej gawęda solowa, bo tak to właśnie trzeba nazwać, skoro ja milczałam i słuchałam z otwartą gębą, a ona snuła opowieści, głosem cichym i słabym, przerywanym, lecz pełnym wyrazu. Ta gawęda cechowała się wnikliwością, erudycją, żywością myśli, skłonnością do arcyciekawych dygresji, i wreszcie znakomitym poczuciem humoru, z odchyleniem w stronę absurdu.
„Zastanawiam się właśnie nad tym ostatnim” - zapisałam po takiej rozmowie. „Mówi się, że poczucie humoru to cecha ludzi inteligentnych, bowiem tylko oni zdolni są do oceniania świata z dystansu. Ale myślę, że poczucie humoru wypływa czasem także z empatii, ze współczucia dla ludzi - naiwnych, śmiertelnych, nieświadomych swego losu, biednych, skrzywdzonych, zawiedzionych i poniżonych; dla miast, wznoszonych z nadzieją, staraniem i zachwytem, a obróconych w stosy gruzów i popiołów; dla przedmiotów związanych z losami ludzi, przedmiotów często także maltretowanych, lecz okazujących się niezniszczalnymi, w przeciwieństwie do minionych posiadaczy. Dla żywych, nieożywionych i nieżywych. Dla całego świata.
Takie współczucie rodzi się z wielkiej wyobraźni i wielkiego serca.”
Poetka już jest po drugiej stronie rzeczywistości, odpoczywa po cierpieniach życia. Żyła, wbrew nim, tak intensywnie, tak głęboko duchowo, że mam wrażenie, jakby nadal była z nami i dzieliła się swoim bogactwem. Tyle, że już nigdy nie zadzwoni, żeby pogadać.
Zostawiła jednak po sobie wiele - tylko czytać i myśleć!
W ten właśnie sposób będzie zawsze obecna tu, między nami, i pośród tych, którzy przyjdą na świat po nas.
MM
|
|
|
06 stycznia 2012
|
Trzech Króli
Krystyna Konarska-Łosiowa
TRZEJ KRÓLOWIE
Tęsknili w noce gwiazdami przetkane,
Co niby złote oka w wielkiej sieci
Wciągały duszę w konstelacyj zamęt.
Śnili – potęgę mocniejszą od śmierci,
Miłość nad wszystko – własnych praw niepomną,
Mądrość jak morze bez kresu – ogromną.
I szli, jechali – przez pustynne piaski
Dary swe niosąc – owoce rozmyślań,
I zawsze gwiazdy wiodły ich swym blaskiem.
A gdy musieli głów majestat schylać,
Aby przestąpić próg niziutkiej stajni,
Pojęli – że są w pełni wysłuchani.
Że tu – gdzie drżąca na sianie Dziecina,
Wszystko się kończy – i wszystko zaczyna.
A oto nasza obiecana Galeria Piernikowa. Zdjęcie powyżej przedstawia szopkę Musierowiczów (wykonaną we wzorowej współpracy matki i syna, Bolesława Jr).
To, co widzicie poniżej, stanowi również rodzinne dzieło zbiorowe - mama KC Isi, pani Ewa, stworzyła uroczą szopkę zasadniczą, a inni członkowie rodziny dokładali kolejne elementy, „świetnie się przy tym bawiąc”. Nie poprzestając na szopkach, Mama Isi zabawiła się (świetnie!) jeszcze i poszerzyła asortyment, co własnymi słowami opisała:
Kochany Starosto, oto ulepione przez naszą rodzinkę pierniczki kandydujące do Galerii Piernikowej, ew. Salonu Pierniczków Odrzuconych 1/ szopka. Zauważ, proszę, tego szalejącego z radości konia, który wpada do szopki. Już nie mówiąc o towarzystwie na dachu: aniołku, smoku i kocie. Ta bliżej nieokreślona rzecz, która oddziela kota od smoka to gwiazda betlejemska;) A stworzenie, które siedzi św.Józefowi nad głową to oczywiście Sowa Przemądrzała.
2/ św.Mikołaj pędzi na koniu, żeby zdążyć rozdać prezenty. Dobry, swobodny dosiad. Nieco się, biedak, przypalił ;(
3/ nie jest jasne, co autor tego pierniczka miał na myśli. Niby anioł z kotem, ale czemu w okularach i czapeczce, no i dlaczego ma takie ogromne stopy?. Według odmiennej interpretacji, jest to nurek w płetwach, ale co wtedy z kotem? ”.
Ale KC Isia też potrafi:
...Jezuska otaczają (poza, oczywiście, Rodzicami): pewna Gąska, Wiewiórka i ptaszek. Reszta się nie zmieściła, ale to nie znaczy, że jej nie ma. ;-) - pisze Isia.
Dziękujemy!
A to cudo to jest piękna szopka KC Lenny:
Pozostając jeszcze w kręgu dzieł piernikowych figuralnych, pokażmy teraz Anioła Adminka Żeńskiego: zwróćmy uwagę na ten wyraz twarzy pełen zaskoczenia, w oczach doczytać się można wręcz osłupienia na widok tego, co zobaczył (bardzo to jest ekspresyjne dzieło):
Kolejny anioł jest moim wytworem - tak oto wyglądał, zanim postanowiłam go troszkę jeszcze dopiec, bo był nieco wiotki w pasie.
Niestety, popełniłam swój klasyczny błąd i się zaczytałam (w czasie, gdy anioł przebywał w piecu) i dopiero zapach spalenizny oderwał mnie od lektury - lecz było już nieco za późno: anioł „schudł, sczerniał , ale jakoś dziwnie wyszlachetniał”. Talię za to, owszem, miał twardą jak głaz. Ozdobiło się go pięknie kolorowymi lukrami, tuszując spaleniznę, i zawisł na szczycie choinki, pod gwiazdą (na zwęglonym czole: gwiazdeczka od KC Beaty).
Cudowne są te pierniczki KC Beaty - piękne, akuratne, kochane, z ciepłym światełkiem w środku - jak ona! Przy czym dodać należy, że zdobił je także Adam, jej mąż. Nieznane są proporcje indywidualnego trudu, włożonego w proces zdobienia pierniczków przez oboje współautorów . Jako naprawdę wzorowe małżeństwo upodobnili się do siebie tak, że styl ich ornamentyki jest nie do odróżnienia, zwłaszcza że korzystają z tego samego warsztatu twórczego, jak też i narzędzi.
Oto kolejna kompozycja figuralna: choinka piernikowa, dzieło KC Aleksandry. Nie skończyło się jednak na choince - przy wielkim stole zasiadła rodzinna Dziatwa i pilnie, pod okiem dorosłych, metodycznie zdobiła dziesiątki pierniczków. Jak przednia to była zabawa, z jakim skupieniem wykonywana, i jakie dała efekty - można ujrzeć poniżej:
Kolejny Święty Mikołaj, wielce zacny, w otoczeniu solidnych, szczerych i apetycznych pierników, wycinanych szklanką, nadesłany został z Francji przez naszą KC AnięCzyManię.
Teraz czas na pierniczki klasyczne - mamy tu całe spektrum stylów, gatunków, zdobień i inkrustacji. Jak każde dzieło rąk ludzkich, a dzieło sztuki - zwłaszcza, pierniczki przez Was wytworzone, wycięte nawet takimi samymi foremkami,różniąc się bardzo, pozwalają się domyślić tajników osobowości szanownych twórców. Spójrzmy na dzieło KC Wannabe: czyż to nie „cała ona”, w tych oryginalnych, kreatywnych zdobieniach? I czyż nie jej to luzacki wdzięk i żartobliwy urok poprowadził dłoń, tworzącą śliczny portret Rudolfa, czerwononosego renifera?
A teraz - z przeciwnego bieguna twórczej ekspresji: KC Sondelani. Piękno i mistrzowska perfekcja.
Rzecz tym bardziej poruszająca, że…
…Jak już pisałam, robiłam je pierwszy raz w życiu i miałam cudowną zabawę. O dziwo, żaden się nie przypalił i wyszły bardzo smaczne. I już mam obiecane spożywcze barwniki, wiec następne choineczki będą zielone. Ciasto na wielki piernik dojrzewa w lodówce... A jak mi tak dobrze poszło z pierniczkami, to zupełnie poważnie zaczęłam myśleć o nauce frywolitek. I na następne Święta, oprócz kolekcji pysznych ciasteczek, mam zamiar mieć też kolekcję najpiękniejszych aniołków i śnieżynek:). - oznajmia Sondelani.
Osobiście uważam, że Sondelani bez trudu złapie wiatr we frywolitkowe żagle - i że stworzy od pierwszego razu misterne, idealne cacka. Wannabe i ja oraz spore grono innych osób będziemy się temu tylko przyglądać z rozdziawionymi gębusiami!
Kolejny przeskok w wachlarzu stylów: pierniczki KC Moniki S - wspólne dzieło matki i dwóch rumianych córek. Radość życia, barokowe szaleństwo, bujna obfitość i rozmach (uwaga: podjęto próbę stworzenia piernikowego Wójta!):
Dla kontrastu: oto spokojne, równe, odpowiedzialne, wyważone - lecz z (w pełni kontrolowanym) rozmachem zdobione cacka naszej KC Afrykander, która jest neurologiem. Ta ręka drgnąć nie może!!!
Tu zaś - inna zgoła dłoń, także lekarska, wprawiała i mocowała te złote i srebrne inkrustacje oraz ciągnęła pewnie i bez wahania nitki kolorowych lukrów: oto pierniczki naszej drr brr KC Jelly, stomatologa:
Mała niespodzianka: jeśliby kto przypuszczał, że KC Żuczek stworzy wycięte z piernika meandry lub sylwetki greckich amfor, pomyliłby się gruntownie! Nasza studentka filologii klasycznej wróciła do fascynacji z dzieciństwa: wykonała (fińskimi foremkami) rodzinę Muminków i dokomponowała takie szczegóły, jak np. grzywka panny Migotki:
Te oto małe, miłe skarby wycięte zostały przez miłe, małe łapki (rodzeństwo KC Irenki):
A te - przez polsko-włoskie złote łapki złotej trójki sardyńskiej - Daniela, Sofii i Jacopina, dzieci KC Kris i DC Marco:
Nasz DC Wieszcz oraz DC Podwieszcz, czyli synkowie pp. Sufletów, sami wycięli, ozdobili i powiesili na choince te oto męskie w charakterze, nieco kanciaste i szorstkie, lecz przepełnione artystyczną wrażliwością obiekty:
Tu mamy pierniczki KC Mery: Przyjazne ciepło i duuużo czekolady w najlepszym gatunku! Bardzo miłe, rodzinne, solidne dzieła!
Nie jest to może szczyt sztuki kulinarnej, tylko mieszanka mojego roztrzepotania z pedanterią (niestety, zazwyczaj tylko w sprawach kulinarnych) mojego brata. Swoje łapki dołożył też 5-letni Franio, który tworzył cuda niewidy ze statkami na czele:D Wszystko odbyło się bez foremek (niestety te nasze okazały się niezdatne do użytku). Zamiast tego w ruch poszedł nóż, szklanki, kieliszki, wszystko czym da się wykrawać coś piernikopodobnego. Tak dla rozwiania niepewności od razu mówię, że ten pierniczek na samej górze, na pierwszym zdjęciu jest posypany liśćmi zielonej herbaty. Może nie wygląda zbyt efektownie, jednak pachnie nieziemsko. Przynajmniej na początku.:)- pisze Mery.
Poetyczne, delikatne, pastelowe pierniczki pastelowej KC Magdy Z:
Pyszne, rzetelne, treściwe , makaronikowe w fakturze pierniczki KC Ann, upieczone według znakomitego przepisu babci:
50 dag mąki pszennej 1 paczka budyniu (śmietankowy, waniliowy) 1/2 paczki proszku do pieczenia 35 dag cukru 1 łyżeczka cynamonu 1/2 łyżeczki zmielonych goździków kakao (wg uznania) 1/2 paczki przyprawy korzennej 20 dag miodu (3 pełne łyżki) 5 łyżek mleka (mleko ciepłe, miód rozpuścić) 125 dag masła (pokroić do mąki) 2 jajka Wyrobić ciasto na kilka godzin przed pieczeniem.
Oto one:
Świeży, biały lukier, młodość, wdzięk, skromność: to nasza KC Anula:
A tu - nasza KC Gio: spokój, elegancja, rozwaga, umiar i metodyczność:
Na koniec - barwne, wesołe i pełne fantazji pierniczki Adminka Żeńskiego:
oraz pewnej uroczej dzieweczki w wieku niespełna 5 lat (pilnie naśladuje ona mamusię):
Jaka cudowna galeria, prawda? Pełna jest twórczych osobowości.
Sami powiedzcie! - chyba już jasne jest, dlaczego nie ma i być nie może dwóch jednakowych dzieł sztuki?! - no nie?
Uściski - podziękowania za współpracę -
Z poczuciem braterskiej różnorodności
Wasza -
MM
|
|
|
|
|